Aby być powiadamianym o nowych notkach, zapisz się do subskrypcji. Inaczej nie powiadamiam!

Kolejne ogłoszenia.
Skomentuj
Opini: 0


I chyba jednak nie wrócę.
Z bardzo prostej przyczyny, której znać nie musicie.
Wygotujcie mnie w oleju, spalcie na stosie, zostawiam wam wolną rękę.


.
Skomentuj
Opini: 2


Ja naprawdę wrócę.

Ogłoszenie.
Skomentuj
Opini: 12


Ajć, ajć. Cat i Bryan ciągle żyją, tylko ta niedobra aŁtorka biega jak kot z pełnym pęcherzem za Wenem, który rozerwał łańcuchy u uciekł od kaloryfera. Był ponoć gorący (tak, kaloryfer, nie Wen).
Niedługo* powinno się coś pojawić. Maduś nie zostawi Carrowów, oj nie.

*Rzekome "niedługo" każdy może interpretować inaczej. Dla autorki oznacza to czas nie określony.

8. Przesłuchanie
Skomentuj
Opini: 25


Bryan uwielbiał obserwować śpiącą żonę. Wyglądała wtedy zaskakująco spokojnie, wręcz błogo.
Pomimo to nawet w tej chwili, praktycznie nieświadomie, musiała wyprowadzać go z równowagi. Jej upodobanie do jego koszul, w szczególności tych ulubionych, było naprawdę irytujące, żeby nie powiedzieć: denerwujące.
Cathleen jęknęła przez sen i odwróciła się na drugi bok, zabierając mu przy okazji większą część kołdry.
Pan Carrow przez ostatnich kilka miesięcy naprawdę źle sypiał. Ilekroć tylko udał się w ramiona Morfeusza, zaraz się budził. Powód tego był dość jasny – miał złe przeczucia. A jako, że w świecie czarodziejskim do owych przeczuć przykłada się dużą uwagę, nie mógł ich tak po prostu zignorować. Coś wewnątrz niego podpowiadało mu, że może stracić Cat. W obecnej sytuacji nie wydawało mu się to dziwne, w końcu każdy błędny ruch, mógł spowodować, że żona dowie się o jego prawdziwym "ja", a zagadką pozostawało, jak zareaguje na tę niespodziewaną wiadomość.
Nie miał zamiaru udawać się do wróżbitów – nigdy nie wierzył w te brednie. W szkole zbierało mu się na wymioty, kiedy widział te wszystkie panienki trajkoczące o tym, co znowu przeczytały w horoskopie, co udało im się dojrzeć na dnie filiżanki przy popołudniowej herbacie, czy też co zobaczyły w szklanej kuli. Nie, on w takie bajki nie wierzył. Nawet numerologia i starożytne runy wydawały mu się mocne naciągane, w końcu jak powiadała jego babka: przyszłość jest niezbadana.
Choć nie ukrywał tego, że był ciekaw jak też pójdzie jutrzejsze przesłuchanie. Po cichu otworzył szufladę szafki nocnej i wyciągnął z niej mały, zielony flakonik napełniony bezbarwnym eliksirem. Przezorny zawsze ubezpieczony, a on nie miał zamiaru ryzykować wolności, gdyby podali mu Veritaserum. Zaśmiał się ironicznie, kiedy wyobraził sobie samego siebie, siedzącego przed Wizengamotem i wyśpiewującego wszystkie swoje zbrodnie. Od przezywania koleżanek zacząwszy, na morderstwach skończywszy. O tak, Święty to on zdecydowanie nie był.

***

- Bryan, skarbie – westchnęła cicho Cathleen, chcąc przytulić się do męża.
Zarzuciła rękę w miejsce gdzie powinien się on znajdować, jednak jak zawsze natrafiła tylko na białą pościel.
Niechętnie otworzyła oczy i rozejrzała się po sypialni. Panował w niej nienaganny porządek, który tylko potwierdził jej tezę, iż pan Carrow wyszedł z domu. Doskonale wiedziała, jak nie znosi bałaganu i jak w prosty sposób można zatrzymać go dłużej w domu. Wystarczyło tylko porozrzucać po pokoju wszystkie ubrania, a uprzątnięcie ich miało mu zabrać dobre kilka minut. Cóż... najwyraźniej znowu się przeliczyła.
Scarlett mężnie weszła do pokoju i po kilku zwinnych skokach znalazła się w łóżku swojej pani. Cat przyciągnęła do siebie kota i wtuliła głowę w jego miękkie futerko.
- Scar, powiedz mi, czy on mnie jeszcze kocha?
- Miau... – potwierdziła kocica, kładąc się wygodnie.
Usadowiony na toaletce Cathleen, Darcy prychnął z pogardą. Był kotem, a i tak przewyższał te dwa osobniki płci żeńskiej, które nie potrafią zadawać właściwych pytań.

***

Bryan siedział na ławeczce przed komnatą przesłuchań. Eliksir, który dostał od Snape’a z nerwów wypił już dawno, a teraz z paniką zastanawiał się, czy wytrzyma do końca indagacji.
Potarł knykciem czoło i zmrużył oczy. Otaczający go czarodzieje, którzy wyglądali jakby znajdowali się jedną nogą w grobie, wcale nie poprawiali jego nastroju.
- Mówiłem ci, że powinieneś się wyspać – usłyszał nad sobą głos Malfoy’a. – Wglądasz potwornie.
Otworzył oczy. Tuż przed nim stał Lucjusz in persona, a obok niego Bellatrix. Momentalnie poderwał się z ławki – w końcu nie wypada siedzieć w towarzystwie damy, nawet, jeśli przynależność Bell do tej grupy była wątpliwa.
- Lucjuszu, Bryan miał na głowie ważniejsze rzeczy powiązane ze swoją żoną, niż sen. – zaśmiała się panna Black.
- Pewnie chciałabyś być na jej miejscu, co Trix? – zapytał Pan Carrow ironicznym tonem.
Posłała mu spojrzenie bazyliszka na przymusowym odwyku od ludzkiego mięsa. Nie znosiła, kiedy jej wypowiedź była odwracana przeciwko niej, a szczególnie, kiedy robił to ten mężczyzna. Odgarnęła z oczu pasemko czarnych włosów, które wymknęło się spod jej koka i udając, że nie dosłyszała jego wcześniejszej wypowiedzi powiedziała:
- Nie powinieneś się martwić tym przesłuchaniem. Ci kretyni z Ministerstwa nie złapaliby mordercy nawet, gdyby stał tuż przed nimi i wymachiwał uciętą głową ministra.
Z lochu wyszedł właśnie jego brat Amycus i mijając go puścił mu perskie oko.
- Bryan Carrow! – usłyszał swoje nazwisko.
- Powodzenia, bracie – zaśmiał się Am.
Przełknął ślinę, nacisnął żelazną klamkę i wszedł na salę rozpraw. Znalazł się w wysokim pomieszczeniu, wypełnionym rzędami pustych ław, wznoszących się ku sufitowi.
Ściany zbudowane były z pociemniałych kamiennych bloków, oświetlonych mdłym blaskiem pochodni. Po środku stało żelazne krzesło, z którego poręczy zwisały łańcuchy.
- Proszę usiąść, panie Carrow – usłyszał głos jednej z czterech postaci, znajdujących się wraz z nim w lochu. Wszyscy mieli na sobie fioletowe szaty z ozdobną literą W wyhaftowaną na piersiach po lewej stronie.
- Dziękuję, postoję. – mruknął pod nosem.
- Nalegamy, panie Carrow – odezwała się wysoka pulchna kobieta, spoglądająca na niego z górnych rzędów. Wzruszył ramionami i zajął wyznaczone miejsce.
- Siódmy października, 1978 roku, przesłuchanie w sprawie morderstwa Ministra Magii – zagrzmiał głos niskiego czarodzieja – Przesłuchiwany: Bryan Avedis Carrow. Przesłuchujący: Ignatius Burke, Alphard Black i Diana Greenland. Protokolant: Charlus Prewett.
- Zacznijmy wreszcie! – żachnęła kobieta – Mam już dość tych oficjalnych formułek I tak muszę sterczeć tu przez cały dzień.
- Panie Carrow, gdzie pan był w nocy z czwartego na piątego października?
- Zapewne w domu.
- Czy ktoś może to potwierdzić?
- Moja żona. Jednakże wolałbym jej w to nie mieszać.
- Dlaczego? Czyżby mogła powiedzieć coś, czego nie powinniśmy wiedzieć? - zapytał Ignatius z mściwym uśmiechem.
”Nie trzeba było wyśmiewać się z jego młodszego brata w Hogwarcie” pomyślał Bryan, odgarniając grzywkę z oczu.
- Wątpię. Jest mugolką i nie wie o istnieniu magii i jeśli mogę wyrazić swoje zdanie, chciałbym, by tak zostało.
- Czy to ładnie okłamywać własną żonę, panie Carrow? - pani Greenland wyglądała na oburzoną.
- Jeśli wysoki sąd pozwoli, nie widzę związku pomiędzy moimi stosunkami z żoną a tym przesłuchaniem. Jeśli więc można...
- Oczywiście, panie Carrow. Przejdźmy do konkretów.


7. Rodzinne spotkanie
Skomentuj
Opini: 24


Za zbetowanie wyjątkowo dziękuję Elladorze

~*~

- Leen, kochanie widziałaś moją granatową koszulę? – zapytał pan Carrow, z poirytowaniem przewracając kolejną warstwę walających się po podłodze ubrań.
Jak ja nie posprzątam, to nikt w tym domu tego nie zrobi. Chyba nauczę paru zaklęć Darcy’ego” pomyślał, niezbyt zdając sobie sprawę, że jego postanowienie jest bardziej niemożliwe, niż możliwe. Nawet Darcy – jako bardzo inteligentny reprezentant kociej rasy, wychowany od kocięta w domu arystokratycznych czarodziei, nie był w stanie opanować choćby najprostszych zaklęć. Pana Carrowa to, delikatnie mówiąc, nieszczególnie w chwili obecnej obchodziło. W domu panował bałagan, za chwilę miało pojawić się jego „ukochane” rodzeństwo, a on na domiar złego nie mógł znaleźć swojej ulubionej koszuli.
Wystawił głowę ze framugę drzwi, sprawdzając, czy nie nadchodzi jego żona, poczym wyciągnął z tylnej kieszeni różdżkę.
- Chłoszczyść – mruknął – Od razu lepiej.
”O czym to ja... a, już wiem. Koszula.
- Cathleen!
Nie trudząc się zamknięciem drzwi, zbiegł po schodach do kuchni, gdzie jego żona przygotowywała obiad. Czy, co bardziej prawdopodobne, ostatnią wieczerzę.
Zatrzymał się w wejściu, otępiale spoglądając na Leen. „Czy ja znowu mam deja vi?” pomyślał. Blondynka ubrana była w swoje ulubione, wytarte jeansy i jego granatową koszulę, o wiele za dużą warto by dodać, spiętą w talii grubym, czarnym paskiem. ”Co za idiota wymyślił taką modę?” zaczął filozoficzne rozmyślania Bryan.
- Nareszcie jesteś. Wołam cię i wołam, a ty nic – powiedziała z uśmiechem na twarzy, po czym wyciągnęła w jego stronę łyżkę umazaną bliżej nieokreślonym czymś, koloru czerwonego.
”Zabiła mi kota? Darcy, gdzie jesteś? pomyślał, rozpaczliwie szukając wzrokiem biało-czarnego kota.
Odetchnął z ulgą dopiero wtedy, kiedy jego pupil wyszedł spod krzesła i wskoczył na kuchenny stół, który ostatnimi czasy stał się jego ulubionym miejscem do drzemek.
- Bryan! Przecież cię nie otruję!
- Nie, wcale – mruknął pod nosem.
- Coś mówiłeś?
- Wspaniałe! – powiedział wskazując na oprawioną w ramkę książkę kucharską.
- Prawda? Wujek stryjka kolegi brata koleżanki siostry kuzyna przyjaciółki Stacey załatwił oprawę po promocyjnej cenie!
- Chyba nie załapałem.
- W każdym razie – kontynuowała niezrażona Cathleen, podczas gdy jej mąż usilnie starał się złapać sens jej ostatniej wypowiedzi („Wujek kolegi koleżanki... nie, nie... Wujek siostry stryjka...). - Odkąd zaczęłam gotować bez tej książki, nagle przestałam wszystko przypalać. Czyż to nie cudowne?!
- Wujek ciotki babki... Coś mówiłaś kochanie?
- Bryan, ty mnie w ogóle nie słuchasz!
- Ale oczywiście, że cię słucham kotku.
- Nie nazywaj mnie kotkiem!
- Przepraszam, kotku. Mogłabyś mi oddać moją granatową koszulę?

***

Rozległ się dźwięk dzwonka. Bryan, z tryumfalnym uśmiechem malującym się na twarzy podszedł do drzwi, zapinając ostatni guzik granatowej koszuli. Po licznych negocjacjach żona (prawie) pokojowo, oddała mu ukochaną bluzkę. Oczywiście nie obyło się bez zastosowania środków łagodnego przymusu bezpośredniego. Warto dodać, że pan Carrow uwielbiał je stosować.
Przybierając obojętny wyraz twarzy, (co nie było łatwe, zważając na ciągłą obecność tryumfalnego śmiechu) nacisnął klamkę.
Na ganku stała dwójka dobrze znanych mu ludzi.
- Bryan, braciszku, jak miło cię widzieć – powiedziała odrobinę ochrypłym głosem kobieta.
Była ona bardzo niska – panu Carrowowi bez problemu zmieściłaby się pod ramieniem. Gęste kasztanowe włosy spięła w wysokiego koka, co nadało jej bladej twarzy majestatycznego wyglądu. ”Coraz bardziej przypomina moją matkę” jęknął w myślach.
Kobieta otaksowała go wzrokiem, a na jej twarzy zagościł ironiczny uśmieszek. Chudym łokciem szturchnęła stojącego obok niej przysadzistego mężczyznę.
- No, no, no. Kto by pomyślał? Bryan i mugolska koszula – zachichotał świszcząco.
Amycus przewyższał młodszego brata o pół głowy. Rozbieganym wzrokiem rozejrzał się dookoła.
- Może byś zaprosił nas do środka?
- A co, nie podoba się wam na ganku? – zapytał oschle. – Jeszcze nie zaczęło padać.
- Bryan, skarbie przyszli już? – Cathleen stanęła za nim, starając się dojrzeć przybyłych.
- Tak, kochanie. Wejdźcie, wejdźcie. W tym roku październik jest wyjątkowo paskudny.
Rodzeństwo wymieniło zdziwione spojrzenia i bez słowa weszli do przestronnego hallu.
- Obiad już dochodzi – powiedziała uradowana Cathleen

***

- Co to jest?- zapytała Alecto, podejrzliwie patrząc na żółte coś, polane czerwonym czymś, znajdujące się na jej talerzu.
- Ryż z sosem chili na ostro.
- Kochanie, chili zazwyczaj jest ostre – powiedział niepewnie Bryan, narażając się nie niezbyt przychylne spojrzenie żony.
- Mniam. Uwielbiam ostre potrawy – mlasnął Amycus, z uwielbieniem wpatrując się w przygotowane przez Cathleen danie.
Najstarszy z rodziny Carrow, nie czekając na dalsze wyjaśnienia zabrał się za pałaszowanie obiadu.
Gdy tylko przełknął pierwszy kęs, jego oczy zaszły łzami, a on sam zaczął kaszleć.
- Wody – wychrypiał w końcu, zachłannie łapiąc dzbanek soku pomarańczowego i wlewając jego zawartość do ust.
- Jaki jest skład tego sosu – zapytał, kiedy jego gardło wreszcie doszło do siebie. – Chili z pieprzem, pieprzem i pieprzem?
- Och, Amycusie, nie bądź głupcem – żachnęła Aleuto. - Cathleen na pewno przy gotowaniu przez przypadek przechylił się pojemniczek z pieprzem, a jego zawartość wylądowała w sosie.

***

Bryan nie znosił swojego imienia odkąd tylko pamiętał. Kiedy był dzieckiem czuł się z tego powodu poszkodowany – nosił mugolskie imię! Uważał to za uwłaczające – w końcu z całego towarzystwa tylko on został upokorzony takim imieniem. Jego starsza siostra Alecto wyśmiewała się z niego przy każdej okazji, a Bellatrix, co chwilę powtarzała z przekąsem, że zapewne, za kilka lat zacznie obracać się w towarzystwie mugoli. I wywołała wilkołaka z Zakazanego Lasu.
A pomyśleć, że to wszystko wina jego matki, która będąc w ciąży rozczytywała się w mugolskich romansach i postanowiła nadać imię synowi na cześć jakiegoś idiotycznego bohatera jednej z tych idiotycznych książeczek.
- O cholera – Cathleen zerwała się z karminowej kanapy. – Zapomniałam kupić ciasteczka! Nie obrazicie się, jak skoczę do sklepu, prawda?
Nim ktokolwiek z zebranych zdążył się zorientować, kobieta chwyciła swój płaszcz i wybiegła z domu, trzaskając drzwiami.
- Dlaczego mam wrażenie, że to nagłe olśnienie, to twoja sprawka, Amycusie?
- Och daj, spokój. Czego Dumby nie widział, tego mu nie żal.
- Przymknij się Amycusie – warknęła Alecto, poczym wyciągnęła ze skórzanej sakiewki aktualny numer Proroka Codziennego. – Czytaj. Przez tą mugolkę jesteś całkowicie odcięty od wiadomości, a w poniedziałek może być za późno.
- Minister Magii zamordowany. Przesłuchania czarodziejskiej społeczności odbędą się... – zaczął Bryan. – Do stu tupiących gumochłonów!
- Chcą nas wszystkich zamknąć. Avery poszedł na pierwszy ogień. Jutro ma być przesłuchiwany. Nasza kolej, we wtorek.
- A nich ich wszystkich Merlin trzaśnie! – przeklął pod nosem, uderzając dłonią w stół. – Nigdzie nie pójdę!
- No fakt, racja – powiedziała ironicznie Alecto. – W końcu Lucjusz, Bella i ty nie jesteście podejrzanymi numer jeden. Nie zauważyłeś, że Ministerstwo staje na głowie, żeby coś na was znaleźć?
- Tak na moje oko, wystarczyłby sam stan, w jakim zostawiają swoje ofiary – zaśmiał się Amycus.
- Musisz stawić się na przesłuchaniu. I najlepiej skontaktuj się ze Snapem. Myślę, że znajdzie jakiś eliksir chwilowo modyfikujący pamięć.
Bryan rzucił dziękczynne spojrzenie rodzeństwu. Przypomniał sobie, jak w czasach szkolnych czasami zastanawiał się, co by bez nich zrobił. Teraz czuł dokładnie to samo.
- Jak zwykle zapomniałam, że zrobiłam zapasy – w drzwiach pojawiła się roześmiana Cathleen.



6. Zawsze może być gorzej.
Skomentuj
Opini: 59


Herbert Savage był niskim, przysadzistym mężczyzną, w wieku trzydziestu dwóch lat. Jeśli oceniać by go po wyglądzie, można by bez najmniejszych wątpliwości stwierdzić, iż na aurora się nie nadaje. Jak zresztą większość takich powierzchownych osądów, i ten był daleki od prawdy. Pan Savage posiadał bowiem rzadko spotykany dar, a mianowicie potrafił osądzić każdego, bez wyjątku już po bliższej rozmowie. A to zdecydowanie przydawało się w branży kryminalistycznej.
Herbert aktualnie podążał ulicą Chabrową, kierując się w stronę swojego domu. ”Kto wymyśla te durne nazwy?” pomyślał "Przecież tu nie rośnie ani jeden chaber! Kwiatki, bratki i stokrotki, a po chabrach ani śladu." Pogrążony w jakże filozoficznych rozmyślaniach zatrzymał się przed domem numer cztery, w którym, jak się składało, mieszkał. Był to dom dość mocno zapuszczony – żółta farba, nie dość, że wyblakła, to w kilku mocno odprysnęła. Czerwone dachówki były pozdzierane przez częsty deszcz. W zapuszczonym ogródku nie rosła ani jedna roślina, nie licząc oczywiście trawy i chwastów. Herbertowi nieszczególnie to przeszkadzało. Był on bowiem typem wiecznego kawalera.
Z uśmiechem na twarzy przekręcił klucz w zamku i wszedł do ciemnego hallu. Nie trudząc się zapalaniem światła, skierował się do kuchni.
- Witaj, Herbercie – pan Savage usłyszał męski głos, dochodzący z salonu.
Zacisnął dłoń na różdżce i dziarskim ruchem zapalił światło w bawialni. Na starej, wytartej sofie siedziało dwóch młodych mężczyzn, a tak dokładniej Malfoy i Carrow, znani inaczej jako duet nierozłączny. Jego ręka mocniej zaplotła się na spoczywającym w kieszeni kawałku drewna.
- Lucjuszu, Bryanie, czym zawdzięczam tę nieoczekiwaną wizytę?
- Och, niczym szczególnym, Herbercie – głos pana Carrow można było porównać li i wyłącznie do litego lodu.
- Wiesz, że zasadą dobrego wychowania jest nie wtykanie nosa w nie swoje sprawy?
- Najwidoczniej nie, bo patrząc na twoje zachowanie wciągu ostatnich dni, zbyt wiele razy można odnotować ten szczegół.
- Czego chcecie?! – w głosie pana Savage, było słychać przerażenie.
- Och, Herbercie i znów się zapominasz. Gość w dom, Bóg w dom, zapomniałeś?
- Bryan, wiem, że masz o sobie wysokie mniemanie, ale żeby obdarzać się aż tak wysokim tytułem? – Lucjusz posłał przyjacielowi ironiczny uśmieszek.
- W każdym razie, Herbercie – powiedział pan Carrow, ignorując uwagę towarzysza – Przyszliśmy wyświadczyć ci przyjacielską przysługę i nauczyć cię dobrych manier
Savage cofnął się o krok do tyłu i już chciał wyciągnąć różdżkę, kiedy...
- Experiallmus! No, no, no – zacmokał Lucjusz – Ładnie to tak atakować gości? Odpłacasz się pięknym za nadobne. My tylko chcemy pomóc.
- Zacznijmy od środka, wspomagającego zapamiętywanie. Crucio! - odezwał się Bryan z kamiennym wyrazem twarzy.
Błogą ciszę przerwał krzyk Savage’a. Mężczyzna mimowolnie opadł na ziemię i zaczął zwijać się z bólu, błagając o litość. Kąciki pana Carrow podniosły się odrobinę do góry, a jego oczy napawały się widokiem cierpienia.
- Wystarczy, Bryanie – powiedział Lucjusz – A teraz, Herbercie, przyszła pora na naukę. Wiedz, że twoja teoria była nad wyraz słuszna i dzięki temu wsadzisz do Azkabanu kilku aurorów.
- Wiesz, jak to jest, kiedy ktoś modyfikuje ci pamięć? Ja niestety tego nie doświadczyłem, ale jestem ciekaw, co się wtedy czuje. Może nam to wyznasz, kiedy podpadniesz kolejnym razem.
- Oblitus sum – powiedział pan Malfoy.
Savage zacisnął powieki, a kiedy je otworzył, znajdował się we własnym łóżku i był całkowicie pewien, że ból w kościach zawdzięcza upadkowi na schodach.

***

Bryana obudziło potwornie irytujące stukanie. Leniwie przewrócił się na lewy bok, zasłaniając uszy poduszką, a przy okazji zrzucając z siebie żonę, która burknęła coś niewyraźnie pod nosem. Mimo grubej warstwy pierza, doskonale słyszał głośne uderzenia w okno. Przeklinając siarczyście pod nosem, wstał z łóżka i zaspanym krokiem powlekł się w jego kierunku by wpuścić do środka nieznośnego dobijacza. Brązowa sowa wleciała do pokoju i usiadła na brzegu toaletki, wbijając spojrzenie brązowych oczu w swojego starego pana.
- Nie patrz tak na mnie, Arcturusie – powiedział o sowy – To nie moja wina, że nie mogłem zabrać cię z tego rodzinnego domu wariatów.
Puchacz zahukał żałośnie i nie ukrywając obrażenia wyciągnął nóżkę w kierunku mężczyzny. Pan Carrow przewrócił oczami i odwiązał list.
- Ej, a ty dokąd? – warknął w kierunku sowy, która już szykowała się do odlotu – Skąd wiesz, że nie będę chciał odpisać?

Drogi Bryanie głosił nagłówek listu, napisanego pochyłym kobiecym pismem. Bryan przeklął pod nosem i zabrał się za dalszą część listu.

Najwyraźniej już całkowicie nie pamiętasz o swoim rodzeństwie, albo tak bardzo pochłonęły cię zlecenia Czarnego Pana, że zupełnie zapomniałeś o Bożym świecie, albo ta twoja mugolka całkowicie namieszała ci w głowie. Wnioskując z rozmów z Rudolfem i Lucjuszem, chyba jednak to ostatnie.
Nadal nie możemy zrozumieć, jak mogłeś aż tak splamić czystą krew naszej rodziny.


Bryan zaśmiał się w duchu. O co mogłoby chodzić jego siostrze, jeśli nie o skalanie nazwiska rodziny? Od momentu, w którym poznał Cathleen, Alecto wypominała mu to na każdym kroku.

W każdym razie, możesz być pewien, że Amycus i ja nie zapomnieliśmy o najmłodszym braciszku i takowego zamiaru nie mamy.

- Alecto robi się sentymentalna, kto by pomyślał... – mruknął sam do siebie.

Żywię nadzieję, że nie zaplanowałeś nic na jutrzejszy dzień, bo mamy zamiar złożyć ci wizytę. Nie trudź się odpisywaniem – możesz już odesłać Arcturusa, którego pewnie jak zwykle musiałeś zatrzymać – i tak przyjedziemy.

- Możesz lecieć – warknął w kierunku puchacza, który bez jakiegokolwiek sprzeciwu opuścił dom przy Upper Allen Street.

Możesz być spokojny o swoją mugolkę – wezwiemy Błędnego Rycerza. Jednak jeśli chcesz znać moje zdanie, jako że jestem kobietą i znam się na takich sprawach, na twoim miejscu powiedziałabym żonie, kim jestem. Choćby dlatego, że kiedy się dowie, a wiedz, że dowie się na pewno, ponieważ my kobiety jesteśmy nad wyraz inteligentne, możesz liczyć jedynie na rozwód.

Do rychłego spotkania

Alecto

Bryan westchnął, składając list. „Gorzej, to już chyba być nie mogło” pomyślał nadzwyczaj, jak dla siebie optymistycznie, włożył list do szuflady toaletki i położył się do łóżka, pogrążony w swoich, jak zwykle czarnych, myślach.

***

Cathleen nie znosiła, kiedy coś świeciło jej w oczy. Szczególnie, jeśli to „coś” było porannym słońcem, które wyrywało ją z przyjemnych objęć Morfeusza. I zazwyczaj chwilę potem, z jeszcze przyjemniejszych ramion męża. Z żałosnym jękiem, zasłoniła dłonią oczy, i wykonując serię bliżej nie określonych ruchów, starała się wydostać z opiekuńczych objęć Bryana.
Powstrzymując potężne ziewnięcia powlokła się w kierunku kuchni. Dzisiaj postanowiła zrobić mężowi śniadanie, nawet jeśli miałaby puścić dom z dymem. Zaspanym ruchem otworzyła lodówkę i przyjrzała się jej zawartości. Jajka. Rzodkiewki. Może by tak jajecznicę?
Ruda kotka wskoczyła na kuchenny stół i z zainteresowaniem przyjrzała się swojej pani, szukającej odpowiedniego przepisu.
- Jeszcze nigdy nic nie ugotowałam z tą książką – powiedziała w stronę kocicy.
- To gotuj bez niej. Improwizuj – powiedziała Scarlett, co w uszach zwykłego śmiertelnika, zabrzmiało by jak zwykłe „Miau”.
- Moje mądre kochanie – kobieta podrapała kotkę za uszami, za co została nagrodzona cichym mruczeniem.
Cathleen wyciągnęła z szafki patelnię i zakasając rękawy, zabrała się do pracy.

***

Do niezwykle wrażliwych nozdrzy Bryana dotarł niezwykle nęcący zapach jajecznicy. Mężczyzna, kuszony przepyszną wonią, niesiony na skrzydłach fantazji kulinarnych udał się na poszukiwanie źródła owego aromatu.
Jego trzeci zmysł* zaprowadził go do kuchni, a to, co w niej ujrzał napawało go przerażeniem. Jego żona, jakby nigdy nic nakładała jajecznicę na dwa talerze. Już sam fakt, że gotowała był podejrzany, nie wspominając już o tym, że jej dzieło pachniało, a nie, jak zazwyczaj, śmierdziało spalenizną.
- Już wstałeś? – to co padło z jej ust bardziej przypominało stwierdzenie, aniżeli pytanie.
Mężczyzna z nieufnością spojrzał, na kusząco wyglądające śniadanie.
- Co to jest? – zapytał podejrzanie.
- Jajecznica, z rzodkiewką i karmelem – powiedziała Cathleen, uśmiechając się pogodnie - Spróbujesz?
Bryan poczuł, że przewraca się mu w żołądku. Jajecznica z karmelem? Jajecznica z karmelem?
- Słuchaj, kochanie – powiedział, starając się wyminąć drażliwy temat próbowania arcydzieła kulinarnego swojej żony – Pamiętasz Alecto i Amycusa, prawda?
Blondynka spojrzała na niego spode łba. Jak on śmiał jeszcze nie spróbować jej wspaniałej jajecznicy, która była pierwszym w jej życiu daniem, którego nie spaliła? Była nie dość, że zdenerwowana, to jeszcze poczuła się nie doceniona kulinarnie. A taka mieszanka nie wróżyła nic dobrego.
- Alecto, jak mniemam, to twoja siostra, która oblała moją suknię ślubną czerwonym winem, a Amycus to twój cierpiący na huśtawki nastrojów brat, który najpierw próbował zepchnąć mnie ze schodów, a potem stwierdził, że jestem „swoja” i „chlapnie ze mną drinka”.
Bryan z miną skazańca, usiadł przy stole i rozumiejąc, że w chwili obecnej to jedyny sposób by uniknąć śmierci tragicznej z ręki żony, zabrał się za jajecznicę.
- Jak ci smakuje, kochanie?
- Przepyszne – odpowiedział pan Carrow, z obrzydzeniem przełykając kolejny kęs – Alecto i Amycus wpadną dzisiaj do nas. Przypuszczalnie w porze obiadu.
- Wspaniale! – Cathleen z radości aż klasnęła w dłonie – A ja go ugotuję!
Cofam co powiedziałem. Zawsze może być gorzej” pomyślał, powstrzymując wymioty i pakując do ust resztę jajecznicy.


*Według Wikipedii, czyli uznanego przez Ministerstwo Edukacji źródła informacji, węch jest wymieniony jako trzeci zmysł chemiczny, czym się posłużyłam.

5. Być kobietą.
Skomentuj
Opini: 41


Być kobietą, bo kobiety są występne i zdradzieckie...
Być kobietą, być kobietą - oszukiwać, dręczyć, zdradzać, nawet, gdyby komuś miało to przeszkadzać.
*

- Ile razy mam ci powtarzać, żebyś trzymał się z dala od moich rzeczy – Elizabeth Harrison fuknęła na męża.
Była to kobieta dość wątłej postury, w wieku lat pięćdziesięciu trzech. W kasztanowych włosach było już widać dość sporo siwizny. Wiecznie z czegoś nie zadowolona, była całkowitym przeciwieństwem męża. Edward widział tylko pozytywne aspekty. Zawsze, bez wyjątku. Szczęście i pogoda ducha biły od niego na kilometr, jeśli nie więcej. Powód? Niestety poza jego naturą, takowego nie było.
- Nadal uważasz, że dobrze zrobiłaś? – podniósł do góry lekko pożółkły list, z datą nadania sprzed dwunastu lat.
- Tak – pani Harrison nigdy nie była wylewna – A teraz z łaski swojej zostaw moje rzeczy i zajmij się własnymi sprawami.
Edward tylko wzruszył ramionami. Ociężale podniósł się ze skórzanej pufy i opuścił sypialnię. Nie lubił sprzeciwiać się żonie, ponieważ to prowadziło do kłótni. A owych kłótni, nie znosił bardziej niż czegokolwiek innego.
Elizabeth z westchnieniem opadła na miejsce zajmowane uprzednio przez męża. Ujęła wskazaną przez niego kopertę, zaadresowaną do jej jedynej córki, do Cathleen. Po tylu latach wciąż uważała, że to, co zrobiła, było słuszne. Była tego pewna, jak niczego innego na świecie. Miałaby pozwolić aby jej córka poszła do Hogwartu i stała się czarownicą, pomiotem diabelskim, jakim był jej ojciec? Niedoczekanie! Była aż nadto wierząca, by pozwolić swojemu jedynemu dziecku wstąpić do takiej sekty. W zamian za to, posłała ją do katolickiej szkoły i nie pozwoliła, by w jej głowie zakiełkowały te szatańskie idee. A co dostała w zamian? Jej córka poślubiła takiego odmieńca, ot co! I gdzie jest sprawiedliwość na tym świecie?

***

Cathleen niespokojnie przekręciła się w ramionach męża. Hałas za oknem nie pozwalał jej spać. Przez całą noc, w odstępach piętnastominutowych, budziła się, by po dwóch minutach zasnąć z powrotem. Teraz nie miało być inaczej.
Spojrzała na ledwo co widoczną w mroku tarczę zegara. Piąta trzydzieści, czyli za jakieś pół godziny z hakiem zostanie znowu wyrwana ze snu, tym razem przez Bryana, który z typową dla siebie dyskrecją, równą zeru zacznie „po cichu” zbierać się do pracy.
Może by tak zrobić mu śniadanie? Tak, jak to robią przykładne, angielskie żony. Zawsze chciała taką być, ale jakoś nieszczególnie jej to wychodziło. A śniadanie mogło być pierwszym, i dość łatwym krokiem, do stania się taką żoną. Co by tu zrobić... jajka na bekonie? Nie, bo do tego jest potrzebna kuchenka, a obiecała mężowi, że nie puści kuchni z dymem. A może kanapki z serem? Nie, Bryan nie lubi sera. Z szynką? Nie, bo takie bierze do pracy...
Nim zdołała się obejrzeć, bądź też zdecydować, co by tu przyrządzić na owe śniadanie, jej głowa opadła bezwiednie na jego ramie, a ją samą zmógł błogi sen, który za dwadzieścia pięć minut, miał być przerwany dość hałaśliwym trzaśnięciem drzwi.

***

Dlaczego, do stu gumochłonów, ja podróżuję metrem? taka oto myśl, przeszła przez głowę pana Carrow, kiedy stał pod budką telefoniczną, usilnie starając przypomnieć sobie kod, który należało wstukać, by dostać się do Ministerstwa. Pamięć nigdy nie była jego dobrą stroną, oj nie. Zaczynało się na 6, tego był pewien. Ale, na Merlina, co dalej?
Gdyby nie Cat, już dawno byłby w środku. A przez to, że pod budynkiem teleportować się nie można, wszystko to jak zwykle musiał szlag trafić. Nie, to nie wina Cathleen, przecież ona jest tu jedyną osobą, którą mógłby oskarżać. O tak, to wszystko jego wina, bo jest na tyle tchórzliwy, że boi się powiedzieć jej prawdy. Na Merlina, nie! Teraz obarcza odpowiedzialnością samego siebie, a w jego przypadku jest to o stokroć gorsze, niż oskarżanie żony. Pozostaje jeszcze zadać pytanie, z czyjej winy stoi od piętnastu minut w budce telefonicznej. Jego matki, ot co! Przecież to ona przekazała mu wadliwe geny dotyczące pamięci! Sama nigdy nie mogła sobie przypomnieć, gdzie zostawiła swoją różdżkę.
Bryan, rozpierany euforią, spowodowaną znalezieniem winnego przypomniał sobie drugą cyfrę: 4. Chwileczkę, a może to było 2?

***

- Nienawidzę go! – najstarsza Blackówna wparowała bez pukania do pokoju siostry i rzuciła się na nieskazitelnie zaścielone przez skrzaty łóżko.
Andromeda podniosła wzrok znad książki i spojrzała na starszą siostrę, która wręcz kipiała ze złości. Doskonałym dowodem potwierdzającym tą tezę, była prawa noga siostry, uderzająca co chwilę, w akcie wściekłości w jej puchatą poduszkę. Andra nigdy nie rozumiała, dlaczego Bella kładzie się na łóżku w sposób odwrotny niż powinna.
Dziewczyna pokiwała z powątpieniem głową i wróciła do lektury. „Wojny Goblinów XVII wieku” były zdecydowanie ciekawsze niż chore dywagacje Bellatrix.
Kiedy Trix zorientowała się, że siostra nie ma zamiaru wypytywać ją o powód jej furii (jakby dla kogokolwiek stanowił on tajemnicę) usiadła prosto na łóżku i wbiła spojrzenie w Andromedę. Nie znosiła kiedy się ją lekceważyło i to bardzo. A dzisiaj musiała znosić owe lekceważenie już drugi raz. Delikatnie mówiąc, stanowiło to więcej, niż jej duma wytrzymać potrafiła.
- Czy możesz odłożyć tą głupią książkę, kiedy z tobą rozmawiam? – fuknęła w stronę siostry.
- Nie rozmawiasz ze mną – odpowiedziała spokojnym tonem Meda, ciągle nie odrywając wzroku od książki – Maltretujesz tylko moją poduszkę.
- Ciesz się, że tylko poduszkę – syknęła Bellatrix.
- Co cię ugryzło? – Andy dała za wygraną.
- Chyba co mnie nie ugryzło, a ugryźć powinno – Trixy zaczęła gnieść brzeg karminowej narzuty - Wybacz Bella, nie pójdę z wami, obiecałem Cat, że będę w domu. Głupia, brudna mugolka. Jak on mógł się ożenić z tą... chodzącą pomyłką?!
- Zastanawia mnie, co cię bardziej boli – Andromeda odłożyła książkę na pobliski stoliczek – To, że Bryan cię ignoruje, czy to, że oddałaś się mężczyźnie, który odrzucił cię dla mugolki.
- Nie waż zwracać się do mnie tym tonem, Andromedo Violetto Black!
- Chyba jednak to drugie, bo któż zdołałby sprzeciwić się tak apodyktycznej osobie.
- Powiem to jeszcze raz, bo najwyraźniej twój wielbiący szlamy rozum tego nie odnotował. Nie waż zwracać się do mnie takim tonem, bo pożałujesz.
Bellatrix zrozumiawszy, że ani poklasku ani zainteresowania w tym pokoju nie zdobędzie, niczym oparzona zerwała się z łóżka i z zadartym nosem opuściła pokój młodszej siostry. Tej.... czarnej owcy. Nie potrzebuje jej pomocy – sama sobie poradzi. Zemści się na tej mugolskiej dziwce, o tak, ta cała Cathleen jeszcze pożałuje dnia w którym powiedziała „tak” na ślubnym ołtarzu.
Kiedy Bella z hukiem zatrzasnęła drzwi, Andromeda odetchnęła z ulgą. Udało jej się przetrwać przejście huraganu Bellatrix numer dwa tysiące pięćset piętnaście, bez widocznych obrażeń psychicznych czy też fizycznych. Bryan jednak potrafi zdziałać cuda.

*Z piosenki Alicji Majewskiej.


4. Przekupstwo popłaca.
Skomentuj
Opini: 27


Lucjusz Malfoy odgarnął kosmyk jasnych włosów z czoła i spojrzał z poirytowaniem na swojego niegdyś najlepszego przyjaciela, który aktualnie spokojnie drzemał, obejmując swoją żonę. Nie mógł uwierzyć, że ci dwoje tak bardzo się kochają. To było takie... żałosne.
Pan Malfoy przypomniał sobie lata, kiedy to we dwójkę zdobywali „serca" coraz to nowych dziewcząt. I pomyśleć, że kiedy nawet nie potrafił sobie wyobrazić, że jego przyjaciel się ożeni, ba, nie potrafił sobie wyobrazić, że znajdzie dziewczynę, na dłużej, niż na jedną noc, a tu proszę, niespodzianka! Niestety, bynajmniej nie miła.
Powoli pochylił się nad śpiącą parą, i szturchnął Bryana w lewy obojczyk. To był jedyny sposób, żeby go obudzić. Doskonale pamiętał, jak za czasów szkolnych wraz z Rosierem, próbowali dociec, jakby tu go wyrwać z objęć Morfeusza. Nie pomagało nic – mogli by urządzić koncert orkiestry dętej, albo przemarsz feministek, a on ciągle spałby jak zaklęty. Próbowali praktycznie wszystkiego – a tu proszę, lekarstwem okazał się zwykły banał.
Pan Carrow stłumił potężne ziewnięcie i powoli otworzył oczy.
- Co znowu? – jęknął, kiedy zobaczył pochylającego się nad nim Malfoy'a.
- Rusz cztery litery i wstawaj. Mamy problem.
- Co znowu ? – powtórzył stoicko spokojnym tonem Bryan.
Lucjusz przewrócił oczyma. Ta mugolka zdecydowanie źle na niego działała.
- Savage wpadł na nasz trop. Trzeba go odwieść od zamiaru dalszych poszukiwań.
- Nie chcę sobie znów brudzić rąk.
- Czarny Pan zabronił go zabijać. To byłoby własnoręcznie wykonanym wyrokiem dożywocia w Azkabanie. Ministerstwo od razu domyśliłoby się, że jego teoria jest nad wyraz słuszna, a my siedzimy w tym bagnie po łokcie. Co, na nigdy nie czyszczony kociołek Morgany, się z tobą dzieje?
- Nic – odpowiedział lakonicznie pan Carrow.
- Znakomicie. Zbieraj się.
- A Cat? Obiecałem jej, że dzisiaj będę w domu.
- A co jest dla ciebie ważniejsze? Głupia obietnica dana tej... mugolce, czy własny tyłek?

***

Chodziła nerwowo wzdłuż ściany, zaciskając dłonie. Obudziła się, a jego przy niej nie było. Znowu. Na nic poszły jej prośby, błagania, jęki, groźby i krzyki. Po raz kolejny znalazło się coś ważniejszego od niej. Praca, przyjaciele i Bóg jeden, wie co – ale nie ona. A przecież powiedział jej kiedyś, a właściwie próbował powiedzieć, ale niestety nie udało mu się, że jest dla niego najważniejsza. Zaczynała w to wątpić. Powoli. Przecież ją kochał. Chyba.
- I co ja mam robić, Scarlett? – zapytała łamiącym się głosem rudej kotki.
Odpowiedziało jej tylko ciche miauknięcie. Bo czego innego mogła się spodziewać?

***


Po godzinach spędzonych na uczelni pracowała w małym sklepie, znajdującym się niedaleko uniwersytetu. Nie potrzebowała dodatkowych funduszy – z resztą, nawet nie płacili jej wystarczająco dużo, by mogła z tego skorzystać – bardziej chodziło jej o to, że nie miała po co wracać do pustego domu. Nie miała tam co robić – nawet obiadu nie potrafiła ugotować, a w sklepie? Miała znajomych i nie musiała walczyć z nadmiarem wolnego czasu. A mimo tego i tak zawsze wracała przed Bryanem.
- Och, daj spokój, Cathleen, na pewno wypadło mu coś ważnego. - Stacy usiadła na ławie i odgarnęła płomienno rude włosy z czoła.
Takiemu to łatwo, pomyślała pani Carrow. Rady Stacy rzadko brała do siebie – bo kto by słuchał rozwydrzonej siedemnastolatki, której jedynym zmartwieniem jest wybór koloru lakieru do paznokci i kupno nowego magnetofonu. Jednak mimo wszystko nastolatka zawsze potrafiła ją podnieść na duchu – jej buzia, która nigdy się nie zamykała, skutecznie odpędzała wszelkie problemy.
- Nie pomyślałaś, że może mieć inną?
Nicholas był zupełnie inny. Pesymistyczny. Cathleen nie dziwiła mu się – kompleksy potrafiły wpędzić w defetyzm. U Nicholasa rolę owych kompleksów grał wygląd, w parze ze skrzętnie (choć nie do końca) ukrywanym homoseksualizmem. Nadwaga odbierała temu chłopakowi, czy też mężczyźnie, sporo pewności i wiary w siebie.
- On nie ma innej – odparła spokojnym głosem pani Carrow – Powiedział mi to.
- Pytałaś się go, czy ma romans? – Nicholas nie próbował ukryć zdumienia.
- W sumie... tak.
- A nie zastanowiłaś się czasem, który mężczyzna przyzna się, że ma kogoś na boku?
- Żaden?
- Dokładnie.

***

Przekupstwo czasem popłaca. Przekupstwo pomieszane z kłamstwem daje dużą szansę sukcesu, ale odbiera jakąkolwiek szansę na choćby cień zaufania.
Bryan siedział na karminowej sofie, ściskając w dłoni dwa bilety do kina, a w głowie powtarzając głupią wymówkę, którą miał zamiar zaserwować żonie, kiedy ta tylko wróci z pracy.
Stuk, stuk – deszcz zaczął smętnie bębnić o szyby. Bryan przeniósł wzrok z własnych dłoni, na okno. Błękitne niebo schowało się za szara chmurą. Cathleen nigdy nie lubiła deszczu – pan Carrow nigdy do końca nie dowiedział się dlaczego. Zawsze otrzymywał odpowiedź „Po prostu nie i koniec". On sam nie widział w deszczu nic nie przyjemnego – w końcu po burzy zawsze wychodzi słońce.
Po chwili do jego uszu dobiegł odgłos kroków, odbijających się po pustych ścianach korytarza. Cat wracała. Mocniej zacisnął dłonie na biletach, podniósł się z kanapy i podbiegł do drzwi, by wpuścić żonę do środka. Znowu zapomniała za sobą zamknąć.
- Już jesteś? – zapytała z niedowierzaniem spoglądając na męża – Nigdy nie wracasz tak wcześnie z pracy.
- Nie byłem w pracy – powiedział pan Carrow, machając jej przed nosem biletami.
Oczy Cathleen otworzyły się szeroko, a na jej twarzy wymalowało się niedowierzanie. Kiedy dotarło do niej, że to, co widzi, to nie żadna fikcja, a rzeczywistość, rzuciła się Bryanowi z piskiem na szyję.
- Grease?* Przecież trzy dni temu był premiera! Jak je zdobyłeś?
- Mam nadzieję, że już nie będziesz pytać, dlaczego rano mnie nie było – wyjąkał mężczyzna, przyduszany ramionami żony.
- Jesteś kochany – szepnęła mu cicho do ucha.
I kto powiedział, że kłamstwo nie popłaca?

*Premiera „Grease" nastąpiła w Wielkiej Brytanii 14 września 1978r.

3. Niebezpieczne związki.
Skomentuj
Opini: 30


Dom, należący do państwa Lestreange zasadniczo różnił się od tego, w którego posiadaniu byli Carrowowie. Nie był on przytulny, ciepły i słoneczny, oj nie. Ściany pokryte ciemnymi tapetami i mahoniową boazerią, już same w sobie, sprawiały wrażenie ponurych. Okna, mimo że olbrzymie, nie wpuszczały do ogromnych pokojów zbyt wiele światła, ponieważ prawie całkowicie zasłonięto je ciężkimi, drogimi zasłonami. Całości dopełniały czarne marmurowe podłogi i ciemne, mahoniowe meble, na których poustawiano magiczne rzeźby, w większości przedstawiające Sukkuby i Inkuby*, które zalotnie mrugały do gości, a zlekceważone przybierały złowrogi wyraz twarzy. Oczywiście nie wspominając już o portretach przodków rodziny Lestrange, które łypały na przybyłych, utwierdzając w przekonaniu, iż owy dom zapewne nie jest miejscem przyjemnym.
Bryan’owi nieszczególnie to przeszkadzało – w końcu rezydencja, w której się wychował niewiele różniła się od tej. Jego rodzice – jak z resztą większość czarodziejskich arystokratów – zamienili swoją willę w mrożące krew w żyłach miejsce na pokaz, które, w najmniejszym nawet stopniu, nie przypominało domu. Pan Carrow pamiętał, że jako dziecko zawsze czuł się tam nieswojo – zasady, których rygorystycznie przestrzegała jego matka, apodyktyczny ojciec i ten wszechobecny, wręcz pedantyczny porządek, o który w pocie czoła dbały skrzaty - to wszystko przytłaczało go i sprawiało, że miał ochotę wyjść stamtąd i już nigdy nie wrócić.
Jednak z czasem to wszystko wrosło w niego jak olbrzymi chwast, którego nie da się wyplenić. Wygląd domu przestał mu już przeszkadzać, a zaczął imponować. A zasady? Zasady zakorzeniły się w nim na dobre.
-Bryan! – do uszu chłopaka dobiegł znajomy głos.
W stronę pana Carrow podążał wysoki mężczyzna. Jego kruczoczarne włosy z dozą nonszalancji opadały na ramiona, a orzechowo brązowe oczy błyszczały w półmroku.
- Witaj, Rudolfie – powitał pana domu, poprzez uścisk dłoni.
- Cóż ja widzę – zacmokał pan Lesterange – Mugolska koszula! Doprawdy Bryan’ie, po ślubie z tą całą mugolką myśleliśmy, że nie możesz stoczyć się niżej.
- Właśnie dlatego nie piję – syknął pan Carrow – W przeciwieństwie do niektórych, nie znoszę staczać się pod stół.
- Prawie, jakbym widział starego Bryana – powiedział Rudolf – A i Bella cię szukała, więc lepiej przebierz tą koszulę, chyba, że chcesz mi zamordować narzeczoną.
Pan Carrow odpowiedział tylko uśmiechem, po czym rozejrzał się po sali, w poszukiwaniu znajomych mu twarzy. Na szczęście na liście gości nie było nikogo w wieku powyżej czterdziestki – w przeciwnym wypadku już próbowałby cichaczem wymknąć się z przyjęcia. Dość szybko zauważył Lucjusza Malfoy’a, przedzierającego się przez tłum w stronę najmłodszej z sióstr Black, która w najlepsze bawiła się w gronie Rosiera i Yaxley’a, a jego mina nie wróżyła nic dobrego. Bryan, mimo niechęci do Narcyzy poczuł odrobinę współczucia – doskonale wiedział, jak potrafi zachowywać się rozwścieczony Lucjusz. Nie chcąc być naocznym świadkiem owej awantury przeniósł wzrok na stojącą w kącie, naburmuszona Andromedę, która wyglądała, jakby przyprowadzono ją na przyjęcie siłą. Szczerze mówiąc, nikt by się nie zdziwił, gdyby rzeczywiście tak było. Andromeda bardzo różniła się od swoich sióstr – nie w takim sensie, jak Syriusz, który wylądował w Gryffindorze. Andromeda, tak jak i cała reszta Black’ów była Ślizgonką z krwi i kości, ale bynajmniej nie odpowiadał jej los arystokratki. Nie sprzeciwiała się, ale kiedy jej rodzice wchodzili do pokoju, uśmiech natychmiastowo znikał z jej twarzy. Bryan nigdy za nią nie przepadał – głównym tego powodem było to, że ich rodziny zawzięcie kombinowały, jakby tu ich wyswatać. Cóż... do zaręczyn nigdy nie doszło. Chyba dlatego, że Andra spotykała się z czarodziejem pochodzenia mugolskiego. Pan Carrow jeszcze wtedy gardził takimi odmieńcami, a potem jak na ironię losu przystało, sam poślubił mugolkę.
Tuż obok Andy stał Regulus Black, z równie posępną miną – najwidoczniej bardzo przeszkadzał mu fakt, iż jest najmłodszy w towarzystwie. No i tak dla i odmiany nie miał przy sobie starszego brata, który łypałby z nim na pozostałych gości.
W towarzystwie odnalazł teoretycznie wszystkich znajomych. Teoretycznie, bo brakowało jednej osoby, którą była...
- Mogę cię zlinczować, czy Rudolf już to zrobił?- usłyszał za sobą ociekający sarkazmem głos.
- Jeśli chodzi ci o to, że twój narzeczony próbował przypisać mi staczanie się pod stół, to niestety uprzedził cię. Witaj, Bella – powiedział całując ją w policzek.
- Tylko? Jeszcze nie dawno byłeś bardziej wylewny - żachnęła, zarzucając mu ręce na szyję.
- Jeszcze nie dawno nie byłem żonaty – odpowiedział, przedrzeźniając ton jej głosu.
- Chyba mi nie powiesz, że wolisz pieprzyć się z tą grubą mugolką niż ze mną?
- Jeszcze raz ją tak nazwiesz, to zapomnę, że jesteś kobietą i najzwyczajniej ci przyłożę – syknął z uśmiechem na twarzy.
- A da się o tym zapomnieć? – zapytała Bella, przesuwając dłoń po jego klatce piersiowej.
Pan Carrow zostawił to pytanie bez odpowiedzi. Bellatrix zdecydowanie i bez jakiegokolwiek sprzeciwu była kobietą, a najlepszym dowodem potwierdzającym tą tezę były jej nader apetyczne kształty. Proste czarne włosy spływały na ramiona, a brązowe oczy były tak ciemne, że wydawały się czarne. Była atrakcyjna – nawet bardzo, ale Bryana przestała pociągać już jakiś czas temu. Gwoli ścisłości wtedy, kiedy ją rozdziewiczył. Oboje mieli wtedy piętnaście lat. Można by pomyśleć, że Bella była pierwszą partnerką pana Carrow, ale nic bardziej błędnego. Bryan stracił cnotę w wieku lat trzynastu, niestety dokładnie nie wiedział z kim, ale ten fakt nieszczególnie mu przeszkadzał. Od tamtej pory co jakiś czas zaliczał jakaś „nietkniętą dziewczynę”. Na jego liście znalazły się między innymi dwie z trzech sióstr Black (oczywiście Bellatrix i dwa lata później trzynastoletnia wówczas Narcyza), Violetta Crouch, Isla Burke i wiele innych znanych nazwisk. Ale co ciekawe – Bryan nie spał z żadną z nich więcej, niż jeden raz. Po prostu, jak twierdził, nie lubił chodzić w używanych rękawiczkach. Żył takim życiem, do momentu, w którym spotkał Cathleen... Wtargnęła w butach do jego uporządkowanego życia i przewróciła je do góry nogami.
- Ten dom ma wiele sypialni – szepnęła mu do ucha Bellatrx.
- Wiesz, że nie lubię się powtarzać – odpowiedział, po czym ściągnął jej dłonie ze swojej szyi i podszedł do Lucjusza i Severusa.
Bella poirytowana tupnęła nogą w podłogę. I znowu jej to robił!

***

Cathleen siedziała na karminowej sofie, otwierając kolejny pojemniczek lodów czekoladowych. Znowu była sama, bo jej mąż musiał iść na jakieś cholerne spotkanie. Miała tego już po dziurki w nosie. A nos? Nos ją potwornie swędział. Zły znak – będzie padać. Cóż, w każdym razie dobrze, że nie rozsypała soli przy śniadaniu – nie zniosłaby kolejnej nocy, spędzonej na kanapie.
-Darcy nie siedź na meblach – warknęła w stronę biało-czarnego kota, który właśnie wskoczył na krzesło.
Kocur łypnął na nią nieprzyjaźnie, po czym całkowicie ignorując jej uwagę, zasnął na siedzeniu.
- Widzisz, Scarlett? – powiedziała do leżącej na jej kolanach rudej kotki – Nawet jego kot mnie nie znosi.
Owa Scarlett odpowiedziała cichym miauknięciem. Cathleen westchnęła, po czym podrapała ją za uszami.
Czas mijał. Zegar zdążył wybić już godzinę dwudziestą trzecią trzydzieści, kiedy Bryan wrócił do domu. Zmęczony – a i owszem, ale mimo to nad wyraz trzeźwy, jeśli brać pod uwagę miejsce, w którym był. Bądź to, w którym być powinien.
- Jeszcze nie śpisz? – zapytał nie ukrywając zdziwienia.
Dziewczyna w odpowiedzi pokręciła przecząco głową. Jakby nie wiedział, że nie znosi spać sama! Cathleen bała się ciemności. Nie potrafiła dokładnie określić, co w owej ciemności ją przeraża, ale odkąd tylko pamiętała, zawsze unikała przebywania w pojedynkę w ciemnym pomieszczeniu. Kiedy zostawała sama w domu, zapalała wszystkie światła (włącznie z tym w piekarniku), a za czasów dzieciństwa co noc biegła do pokoju rodziców i wtulała się w opiekuńcze ojcowskie ramię. Teraz tatę zastępował jej Bryan, który... no cóż, zdecydowanie lepiej sprawdzał się w roli jej księcia z bajki, który obroni swoją księżniczkę przez złą ciemnością.
Pan Carrow rzucił żonie niepewne spojrzenie, po czym rzucając czarną marynarkę na krzesło (na którym aktualnie drzemał Darcy), ruszył do kuchni. Biały kocur miauknął żałośnie, zeskoczył z owego mebla i pobiegł na górę, w stronę jednej z sypialni.
Cathleen z cichym westchnieniem wstała z kanapy i podążyła za mężem. Stanęła we framudze drzwi i wbiła wzrok w przygotowującego kolację Bryan’a. Mężczyzna szybko wyczuł jej spojrzenie na swoich plecach. Odłożył nóż, podszedł do żony i delikatnie objął ją w talii.
- Co się stało, kochanie?
-Wiesz, że nie lubię, kiedy wracasz tak późno – jęknęła, wtulając policzek w jego klatkę piersiową.
- Wiem – westchnął pan Carrow – Ale naprawdę nie mam wyboru.
- A skąd ja mam wiedzieć, że nie umawiasz się z jakąś chudą szkapą za moimi plecami?
- Bo – Bryan podniósł podbródek żony, tak, że mógł spojrzeć jej prosto w oczy – Spotykam się tylko z jedną szkapą, i bynajmniej nie za twoimi plecami, bo doskonale wiesz, że w każdej chwili możesz przyłapać nas w łóżku. Na przykład teraz.
- Bryan! – pisnęła Cathleen, bo oto mąż porwał ją na ręce i przerzucił sobie przez ramię –Mówiłam ci, już że jesteś nienormalny?!
- Nie, kochanie – pan Carrow wbiegł na górę po schodach, przeskakując po dwa stopnie naraz - Ale jeśli za chwilę będziesz jeszcze w stanie, to nie mam nic przeciwko temu.
Cathleen zachichotała, kiedy mężczyzna wniósł ją do sypialni i zamknął za nimi drzwi jednym kopniakiem.
- Wiesz, że cię kocham? - zapytała, kiedy leżała już na łóżku, a Bryan skutecznie pozbawiał jej wierzchniej części garderoby.
- Doskonale – powiedział pan Carrow, zamykając jej usta pocałunkiem.



*W demonologii Sukkubami nazywa się demony przybierające postać nieziemsko pięknych kobiet (często obdarzonych również atrybutami charakteryst. dla demonów), nawiedzające mężczyzn we śnie i kuszących ich współżyciem seksualnym. Inkub, to męski odpowiednik Sukkuba.


2. Typowy poranek
Skomentuj
Opini: 34


Dom państwa Carrow znajdował się przy Upper Allen Street*. Był to jeden z budynków typowych dla angielskiej zabudowy. Niczym niewyróżniający się z tłumu identycznych bliźniaczych domków, stojących przy tej ulicy. Główną jego zaletą było to, że dojście do Uniwersytetu Sheffield, na którym studiowała Cathleen, zajmowało niecałe piętnaście minut.
Budynek posiadał tylko to, co posiadać powinien – średniej wielkości kuchnię (z której właściciele i tak zaskakująco rzadko korzystali), salonik, łazienkę i trzy pokoje na piętrze. W tymże domku, nie było nic, co mogło by powalić zainteresowanego kupnem mieszkania na kolana, a jednak kiedy Cathleen po raz pierwszy przekroczyła jego próg, dołożyła wszelkich starań, by ten budynek stał się jej własnością.
Jego remont zajął trochę ponad dwa miesiące. Zadziwiająco szybko, prawda? Oczywiście nie obyło się bez użycia czarów, które skutecznie przyśpieszyły wykończenie domku i stosowane były li i wyłącznie wtedy, kiedy Cathleen miała wykłady.
Państwo Carrow jednogłośnie, najbardziej zadowoleni byli ze swojej sypialni – urządzonej w odcieniach błękitu i bieli. Był to dość przestronny pokój, w którym znajdowało się małżeńskie łoże, osłonięte kotarami, toaletka z wielkim lustrem oraz dwie szafy. Bo co im było więcej do szczęścia potrzeba?
Drugie miejsce w tej statystyce zajmował salonik – tym razem w wyborze kolorów decydujący głos miał, nie wiedzieć dlaczego, Orion Carrow, który szybko przeciągnął na swoją stronę syna, a co za tym idzie, również synową. Właśnie dlatego w salonie nie znajdowało się nic, co miało by kolor inny, niż biel i czerwień (jak to określił pan Carrow Senior „to monarsze kolory”) oczywiście jeśli nie liczyć pałętających się wszędzie biało- zielonych kubków ze Starbucks’a, które najzwyczajniej psuły szlachetną kolorystykę pokoju.

***

Bryan z poirytowaniem wymalowanym na twarzy po raz kolejny przejrzał się w lustrze. Przeczesał palcami od dawna nie obcinane włosy koloru ciemnego miodu, które w ciągu nocy zaczęły przypominać rozgardiasz. A pan Carrow szczerze tego nie znosił. Nienawidził, kiedy coś w jego wyglądzie nie było perfekcyjnie dopracowane – skutek wieloletnich starań jego matki, które na początku doprowadzały go do szału, a z czasem weszły do jego przyzwyczajeń. Rozczochrane włosy, niedoprasowana koszula czy, o zgrozo, ślady pasty do zębów na twarzy doprowadzały go do białej gorączki.
Bryan poprawił szmaragdowo-zieloną koszulę. Mugolską koszulę. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, że dla Cathleen zrezygnował z tylu rzeczy. Mogłoby się wydawać, że jeszcze wczoraj miał na sobie jedwabną szatę, wyszywaną nićmi z prawdziwego złota, szytą na miarę przez jednego z najbardziej znanych czarodziejskich projektantów mody. Pan Carrow zaśmiał się pod nosem. Za dwie taki szaty, można by z pewnością wyżywić większość sierot na wyspach.
Ale jego rodzina miała to w głębokim poważaniu – w końcu jeśli należy się do tak znamienitego czarodziejskiego rodu, nie należy się przejmować innymi.
Pan Carrow podszedł do łóżka i nakrył żonę kołdrą, która w ciągu nie całych dziesięciu minut zdążyła wylądować na podłodze.
- Możesz przestać się na mnie gapić? – zapytała zaspanym głosem pani Carrow, nie racząc nawet otworzyć oczu.
Bryan uśmiechnął się pod nosem. Zawsze tak robiła, kiedy za długo się w nią wpatrywał – choć nigdy nie wiedział, jakim cudem. Pan Carrow pochylił się i delikatnie pocałował jej policzek.
- Już wychodzisz? - Cathleen wsparła się na łokciach i zlustrowała go spojrzeniem.
- Spóźnię się do pracy - powiedział delikatnie pchając ją w stronę łóżka.
- Jest sobota - jęknęła Leen, zarzucając mu ramiona na szyję i przyciągając go do siebie.
- Nie przeciągaj struny, Cat! - burknął, po czym widząc jej błagalny wyraz twarzy dodał - I nie rób takiej miny.
- Jest sobota- powtórzyła dziewczyna.
- Więc możesz, w przeciwieństwie do mnie, pospać - mruknął ściągając z szyi jej ręce.
- Ale wiesz, że nie lubię sama spać - powiedziała zalotnie trzepocząc rzęsami.
Nienawidził kiedy tak robiła. Wtedy jego męska natura brała górę nad rozumem i robił to, czego robić nie powinien, a czego ona tak bardzo chciała. Oczywiście nie bez wzajemności, ale tą kwestię można chyba pominąć.
- Ale wiesz, że nie lubię spóźniać się do pracy - powiedział ironicznie, naśladując jej głos.
Dziewczyna z obrażoną miną przewróciła się na drugi bok. Bryan cicho westchnął i ruszył w kierunku drzwi. Rzucając żonie przelotne spojrzenie wyszedł na korytarz i zbiegł schodami na dół. Pan Carrow chwycił notesik, leżący na stoliku, znajdującym się w przedpokoju, wyrwał z niego kartkę i wspomagając się ścianą napisał:

Cathleen, nie czekaj z kolacją. Wrócę trochę później – dzwonili z biura. Wtorkowe spotkanie zostało przesunięte na dzisiaj. Kocham cię. Bryan

Mężczyzna przeklął cicho pod nosem. Zachowywał się jak nastolatek, który wymyka się z domu, starając się, by rodzice nie mogli mu tego zabronić. A stawianie ich przed faktem dokonanym było – według wielu dzieciaków - najlepszym rozwiązaniem. Ale przecież Bryan nie wymykał się z domu. On tylko szedł na przyjęcie do Rudolfa. A przecież nie mógł jej ze sobą zabrać – nie dość, że w ciągu dwóch minut, dowiedziałaby się, że jej mąż jest czarodziejem, to jeszcze w ciągu kolejnych piętnastu została by zlinczowana przez jego przyjaciół.

***

Coś zaczęło wydawać okropnie nieznośny dźwięk, przypominający tykanie. Bardzo głośne tykanie. Pani Carrow jęknęła cicho i uciszyła owego tykacza dłonią, co skończyło się tym, że stary budzik wylądował na ziemi, a hałas, który wydawał został stłumiony przez puszysty, błękitny dywan.
Cathleen usiadła na łóżku i starając się nie patrzyć w znajdujące się naprzeciwko niego lustro (a sama upierała się, żeby je tam umieścić) wstała. Tłumiąc potężne ziewnięcie chwyciła szczotkę i usiadła przy toaletce. Wyglądała potwornie – zresztą jak zawsze rano. O ile rzekomym „ranem” można nazwać godzinę dziesiątą trzydzieści. Jej blond włosy sterczały na wszelkie możliwe strony, a pod oczami widniały fioletowe sińce. Nie znosiła patrzeć na siebie samą rano. Obciągnęła sięgającą zaledwie do połowy kolana granatową koszulkę męża, którą ulubowała sobie do spania (bo była ulubioną bluzą Bryana, a przecież łatwiej ściągnąć ją z męża niż wyjąć z szafy) i zabrała się za rozczesywanie włosów. W końcu nie miała nic innego do roboty.
Po kilku minutach, kiedy poczuła dokuczliwy ból w prawej ręce, odłożyła szczotkę i zbiegła po schodach do salonu. Przeskoczyła przez oparcie kanapy, zrzucając przy okazji stertę nienagannie ułożonych przez męża, karminowych poduszek. Gdyby w salonie znajdował się Bryan, zapewne nie obeszło by się bez oberwania ową częścią pościeli i zaciągnięcia do sypialni, a ponieważ pan Carrow aktualnie znajdował się w pracy, nie musiała się o to martwić.

*Nazwa autentyczna, znaleziona za pomocą mapy Sheffield. Niestety nigdy nei byłam w Anglii i nie jestem pewna, czy akurat na tej ulicy znajdują się Wiktoriańskie domki.

1. Obiad na mieście.
Skomentuj
Opini: 21


Cathleen, od niedawna, Carrow była niskiego wzrostu kobietą, o sięgających za łopatki blond włosach i oczach koloru niewiadomego – ni to zielone, ni to niebieskie, ni to brązowe. Zawsze marzyła o szczupłej sylwetce i nogach sięgających aż po samą szyję. Niestety ironią losu od kilku lat, bez widocznych rezultatów walczyła z lekką nadwagą, a jej nogi niestety kończyły się tam, gdzie kończyć się powinny, a do szyi było im dość daleko.
Owa kobieta od jakiegoś czasu krzątała się po kuchni, chcąc sprawdzić, czy jej umiejętności kucharskie wystarczą do przyrządzenia puddingu malinowego. Niestety nie wystarczyły.
Pani Carrow z wyrazem obrzydzenia malującym się na twarzy odstawiła spalone i potwornie dymiące coś, znajdujące się w garnku. Zapach, który unosił się w kuchni zdecydowanie nie przypominał zapachu świeżo zebranych malin, jaki według jej niezawodnej lub też częściej zawodnej książki kucharskiej, miał być wyczuwalny.
Z poirytowaniem prychnęła i opadła na znajdujące się najbliżej niej drewniane krzesło. To, że coś jej nie wychodziło, nie było nowością – bo jeśli połączyć wszelakie czynności domowe i Cathleen, można być pewnym, że zakończy się to fiaskiem.
Czy to gotowanie, pranie, czy prasowanie dziewczyna była nieoficjalną mistrzynią w zawalaniu sprawy. Potrafiła spalić nawet wodę na makaron, przefarbować pranie, czy wzniecić pożar żelazkiem. Nie wspominając oczywiście o jej panicznym strachu przed igłami.
Do uszu pani Carrow dotarł charakterystyczny dźwięk obracającego się w zamku klucza. Jej mąż właśnie wracał do domu.
- Cześć, kochanie - powiedział wchodząc do kuchni i całując żonę w policzek. - Uch, co tu tak śmierdzi?
- Nasz obiad - jęknęła kobieta uśmiechając się promiennie.
- Wiesz... tak sobie myślałem... może zjemy obiad na mieście? Żeby uczcić... coś tam.

***

Ulubioną kawiarnią pani Carrow był Starbucks. Mały lokalik znajdujący się na rogu Pięćdziesiątej Czwartej. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jej męża stać było na obiad w najdroższych restauracjach Sheffield, gdzie zamieszkali po ślubie („Byle z daleka od twoich rodziców Bryan!”), jednak mimo tego, kiedy tylko rzucano hasło „jemy na mieście” Cathleen wskazywała właśnie te miejsce. Nie można było zjeść tam wytwornie, ba, nie można było tam zjeść niczego ciepłego, a mimo to kawa brazylijska i jagodzianka, to było właśnie to, na co pani Carrow nigdy nie traciła ochoty. Warto wspomnieć, że owa kobieta uwielbiała, wręcz ubóstwiała kawę ze Sturbacks’a. A jej mąż doskonale zdawał sobie sprawę z tej słabości i wykorzystywał ją z reguły dla osiągnięcia świętego spokoju, kiedy jego żona zaczynała stroić fochy. Po prostu wyciągał z szafki stary kubek z tejże kawiarni, parzył kawę w domowej kuchni i podawał ją żonie, kiedy ta tylko otworzyła oczy, mówiąc że specjalnie czatował pod lokalem. Cathleen miękło serce i wszystko wracało do normy. Banalne, ale, o dziwo, skuteczne.
W każdym razie wszyscy wiedzieli, że ta kawa jest miłością życia Cathleen. Drugie miejsce w tej statystyce zajmował film „Przeminęło z wiatrem”, który, co tu ukrywać, oglądała przynajmniej trzy razy dziennie. Najbardziej uwielbiała moment, , kiedy panna Scarlett biegnie przez mgłę, w poszukiwaniu swojego męża, bo dopiero przy łożu śmierci Melanii zrozumiała, że to jego kocha, a nie Ashley’a. To było takie romantyczne... a w życiu pani Carrow owego romantyzmu brakowało. I to bardzo.
Dopiero trzecie miejsce zajmował jej mąż, ale tej kwestii chyba nie trzeba wyjaśniać.
- Może ten spalony pudding nie byłby taki zły - burknął Bryan pochłaniając w trzech gryzach piątą z kolei jagodziankę. Jagodziankę, która, w jego mniemaniu, była dużo za mała. No i nie była kremem czekoladowo - karmelowym, który jadał na deser kiedy był mały. Na deser, a nie na obiad.
- Jutro mogę spróbować znowu. Stary Davis się rozchorował i wracam wcześniej do domu - zaśmiała się Cathleen upijając łyka gorącej kawy.
- Ani mi się waż, Cat!
- Nie nazywaj mnie „Cat”- burknęła dziewczyna.
- Spalisz, nie dość, że obiad, to jeszcze kuchnię - kontynuował niezrażony Bryan. - Poproszę jakiegoś stażystę, żeby wyskoczył po chińszczyznę. Zresztą, jak zwykle.
- Chyba, że znowu zachce mi się wypróbować moje kuchenne zdolności.
- Tak, kotku - pan Carrow zrozumiał, że to świetny moment, aby podroczyć się z żoną.
- Nie nazywaj mnie kotkiem!
- Cat, kotku*...
- Bryan, nie przeciągaj struny! Bo wyniosę się na kanapę!

***

Bryan Carrow poczuł piekący ból w lewym przedramieniu. Z jego ust wydobył się stłumiony jęk. Pan go wzywał. Zresztą wzywał ich wszystkich – wszystkich Śmierciożerców. Z nienawiścią spojrzał na Mroczny Znak – nie mógł uwierzyć, że powiedział żonie, że to tylko zwykły tatuaż, który zrobił sobie na studiach. Jakby na takowe w ogóle uczęszczał.
Leżąca obok niego kobieta mocniej wtuliła głowę w jego klatkę piersiową. Bryan delikatnie pogładził jej włosy. Dlaczego najzwyczajniej nie mógł jej powiedzieć, kim jest? Dlaczego ciągle musiał ją okłamywać? Zawsze uważał się za odważnego człowieka. A przecież odwaga jest zdolnością do podejmowania najwłaściwszej decyzji. W tym momencie najwłaściwsze było chyba utrzymywanie jej w niewiedzy – bo jakby zareagowała, gdyby dowiedziała się, że jej mąż jest, nie dość, że szanowanym czarodziejem, to jeszcze prowadzi podwójne życie, w którym jest, co tu dużo mówić, mordercą. W ten sposób ją chronił. Chronił ją przed samym sobą.
Pan Carrow, z bólem w oczach, wygrzebał się spod błogo śpiącej żony i narzucił na siebie długą, czarną szatę. Wolnym krokiem podszedł z powrotem do łóżka i delikatnie okrył Cathleen kołdrą. Ona zawsze w nocy musiała się porozkopywać, prawie jak małe dziecko. I właśnie za to tak bardzo ją kochał. Przy nim wydawała się taka słaba, delikatna... I ten jej całkowity brak asertywności (oczywiście jeśli nie liczyć jej irytacji zdrobnieniem imienia)... Przy niej wszystko wydawało mu się takie spokojne, ułożone, wręcz doskonałe. Jedynie odrobinę pikanterii ich związkowi dodawał fakt, że według wszystkich jego znajomych i całej rodziny, Cathleen nie była odpowiednią partią dla niego, a znikomy problem stanowiło to, że jego pan nie tolerował mugoli. Chociaż... wiedział o ślubie i nie wyraził żadnych obiekcji co do niego. A dlaczego tego nie zrobił, nie było już ważne.
Bryan delikatnie musnął rozwarte wargi żony i teleportował się. Dokąd? To już pozostało tajemnicą.

*Cat w języku angielskim oznacza kota.


Prolog.
Skomentuj
Opini: 29


"Co się dzieje z kobietą, kiedy poznaje mężczyznę swojego życia? Mdleje, czuje motylki w żołądku, zalewa ją nagła fala ciepła? Mówiąc szczerze, kiedy ja poznałam mężczyznę mojego życia, nie towarzyszyło mi żadne z wyżej wymienionych uczuć. Po prostu przez przypadek popchnął mnie w jednej z kawiarni, przez co upuściłam dopiero co zakupioną kawę. Niezbyt romantyczne, jak na pierwsze spotkanie, nieprawdaż?
Im dalej w las, tym więcej drzew. Cóż... w naszym przypadku to zupełnie się nie sprawdziło.
Nasz związek od początku, do samego końca był pozbawiony jakiegokolwiek romantyzmu. Co nie stanowiło żadnej przeszkody, bym w dwa miesiące po owym incydencie w kawiarni stanęła z nim na ślubnym kobiercu.
Moi rodzice z niewiadomych powodów byli całkowicie przeciwni temu związkowi – nawet jedząc owsiankę nie mogłam się uwolnić od bezsensownych i, jak się miało okazać, bezowocnych prób przekonania mnie do ucieczki sprzed ołtarza. Gdzie tylko się nie ruszyłam w rodzimym domu, ciągle słyszałam: „Cathleen, zastanów się, dziecko, co ty robisz”, „Cathleen, kochanie, ty masz dopiero dwadzieścia dwa lata”, „Cathleen, ty znasz tego mężczyznę dopiero od dwóch miesięcy”, „Cathleen, nawet nie próbuj rozkroić tego ciasta! To na przyjazd ciotki Helgi!”.
W każdym razie naszemu małżeństwu byli przeciwni wszyscy - a już w szczególności rodzice mojego narzeczonego. Starsi państwo Carrow nie przepuścili żadnej okazji by mnie ośmieszyć, bądź też zadać mi pytanie, na które odpowiedzi zapewne znała nie będę. Co w ich mniemaniu chyba się pokrywa. Nie wiedzieć dlaczego, nim przekroczyłam próg ich domu, miałam dziwne wrażenie, iż moi przyszli teściowie po prostu mnie nienawidzą. Choć może nienawidzą, to w tym przypadku zbyt mocne słowo. Nie przepadają za mną do granic możliwości było by w tym wypadku odpowiedniejsze.
Jedyną osobą, która wspierała mnie w tym działaniu, był sam Bryan, który w najbardziej krytycznych momentach wstawiał się w mojej obronie. Co sprowadzało się do uspokajania własnych rodziców i nie było zbyt wyczerpującym zajęciem, ponieważ przypuszczalnie musiał to robić przez całe życie. Ale liczą się chęci, prawda?
I w końcu przyszedł ten upragniony dzień. Dwudziesty czarty września 1977 roku, który, o dziwo, okazał się wyjątkowo słoneczny. Kiedy obudziłam się rano i zobaczyłam, jaka piękna tego dnia była pogoda, oznajmiłam mojej matce i przyszłej teściowej, że chcę wziąć ślub na dworze. I właśnie z tego powodu, cały personel, wraz z zaangażowanymi stronami biegał w te i z powrotem od pięknie urządzonej sali, na błonia. Sam ślub był... co tu dużo mówić, cudowny. Nawet teściowie nie wydawali się tak okropni, ba, sprawiali wrażenie miłych. A to już coś. Cały dzień miałam wrażenie, że euforia najzwyczajniej rozsadzi mnie od środka. Ale miano najszczęśliwszej osoby w tym dniu nie należało się mnie – bez żadnego sprzeciwu przyznałabym je Bryan’owi.
Bryan... Bryan wydawał mi się facetem idealnym – był przystojny. Cholernie przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany, o gęstych złocistych włosach i szarych oczach. Jeśli doda się do tego wrodzone dobre maniery, zabójczy uśmiech i niezłą sumkę w banku, to można się zakochać w samym jego opisie. Oczywiście już całkowicie pomijając kwestię tego, że chyba jako jedyna osoba nie próbował zwracać się do mnie per „Cat”. Co zmieniło się w kilka miesięcy po ślubie, kiedy zorientował się, że to najlepszy sposób, aby wyprowadzić mnie z równowagi.
Mimo licznych wad, takich jak częsta ironia, czy mniej częsty cynizm, oczywiście nie wspominając już o całkowitym braku romantyzmu, Bryan w moich oczach był facetem idealnym i pozostał nim, o dziwo, nawet po ślubie. Innymi słowy – kochałam go do granic rozsądku, a on kochał w ten sam sposób mnie. Chyba. "

Fragment pamiętnika Cathleen Carrow.




Wprowadzenie


Było
Bohaterowie
Księga
Faworyzuj




Subskrypcja


Podaj adres e-mail:

Archiwa


2007
kwiecień (3)
maj (2)
czerwiec (1)
lipiec (1)
wrzesień (1)
listopad (1)

2008
luty (1)
wrzesień (1)

2009
marzec (1)


Znajomi


Czytam:
being-sarcasticniedorzecznacost-of-livingdie-another-day Ocenili mnie:
Nocnik
Legiliments
Ocenki Hermiony
Oceny Fanfiction
Magic Opinions
Krytyka Harry Potter.
Ocena waszej twórczości.



Należę

Szablon



Zarówno grafikę, jak i HTML wykonała Maddie tylko dla siebie. Zdjęcia stąd i stąd. Pattern i brushe, najpewniej z DA. Łapki z daleka, bo Cinuś na buciki rozmiar 36 i nie zawacha się ich użyć! Najlepiej oglądać przy rozdzielczości: 1152xx864